Trzech biegaczy Związku Radzieckiego i on jeden. Nie będzie łatwo. Jaka szkoda, że nie ma Jurka Chromika, byłoby
raźniej. Ale mistrz Europy ze Sztokholmu utknął na drodze do finału. Trudno. Plan przeciwników jest łatwy do rozszyfrowania: zmęczyć Krzyszkowiaka, by nie dopuścić do rozgrywki na finiszu. Bo w końcówce nie ma na niego siły. Tuła dowiodła tego aż nazbyt wyraźnie.
Od początku tempo narzuca Konow. Pierwszy kilometr jest o trzy sekundy szybszy niż podczas rekordowego biegu w Tulę, a dziewiątka finalistów już się rozproszyła po trasie. Konow, Roelants i Sokołów mają 10 metrów przewagi nad drugą grupą, w której biegnie „Krzyś". Na półmetku dotychczasowy lider ma już dość: swoje zadanie spełnił. Teraz kolej na Sokołowa. Stara się powiększyć dystans, ale Krzyszko-wiak panuje nad sytuacją.
Ostatnie okrążenie to niemal wierna kopia Tuły. Każda próba Sokołowa oderwania się od Polaka kończy się niepowodzeniem. Rozstrzygnięcie pada na ostatniej prostej, a sposób, w jaki dokonał tego rekordzista świata nie pozostawia ani cienia wątpliwości, kto jest najlepszy. Po 28 latach nad olimpijskim stadionem rozlega się znów Mazurek Dąbrowskiego na oześć polskiego długodystansowca - triumfatora Igrzysk! | |
|