Na długich dystansach
Na długich dystansach panowało w tym czasie bezkrólewie. Odszedł złoty medalista z Melbourne, Władimir Kuc, Anglicy Derek Ibbotson, Chris Chataway i inne sławy bieżni. Fachowcy zastanawiali się, „kto przejmie lutnię po Bekwarku?" Na 10 000 m ogólnym faworytem był Zdzisław Krzyszko-wiak. O ile będzie zdrów - zastrzegali się zagraniczni eksperci. Bo o ciernistej drodze polskiego biegacza wiedzieli już wszyscy. Na 5000 m skłonni byli widzieć zwycięzcę w Angliku Gordonie Pirie. Właściwie tylko on jeden - obok węgierskiego tercetu - pozostał jeszcze ze starej gwardii i wciąż utrzymywał się w wyśmienitej formie. Bieg na 10 km rozgrywano pierwszego dnia mistrzostw. Jako ostatnią konkurencję. Na starcie 22 biegaczy. Spośród zgłoszonych brak tylko Iharosa. Nie chciał ryzykować. Wolał skoncentrować wszystkie siły na „piątkę". Tam widział swą wielką szansę. Barw węgierskich bronił Jozsef Kovacs. Mały wzrostem, ale wielki sercem i duchem walki, wicemistrz Europy z Berna. Był także triumfator olimpijskiego maratonu z. Melbourne, Alain Mimoun, mimo swych 38 lat wciąż jeszcze nie rozstający się z bieżnią. Ale największe niebezpieczeństwo zdawało się grozić ze strony dwóch znakomitych tandemów: radzieckiego - Nikołaj Pudów i Jewgienij Żuków, oraz brytyjskiego - Stan Eldon i John Merriman.
| |