Kapitan własnoręcznie
Kapitan własnoręcznie - bo na cóż może liczyć na oceanie samotnik - wykonał prowizoryczny samoster. Do Hobart zawinął 21 grudnia 1972. Święta nie przyniosły jednak odpoczynku, zbyt wiele bowiem prac należało wykonać na jachcie. Z Anglii nadszedł nowy samoster, z kraju - liny do takie-lunku. Dni wypełniała, od rana do wieczora, gorączkowa krzątanina przy reperacji uszkodzeń, zakładaniu dodatkowego balastu, który miał zwiększyć stateczność jachtu. „Nie byłem na Górze Wellingtona, nie widziałem okolic Hobart - pisał w kolejnej korespondencji dla „Trybuny Ludu". Żałowałem, że nie pojechałem zobaczyć szczątków żaglowca Conrada „Otago", ale równocześnie byłem pewien, że tyle pracy i serca włożone w „Poloneza", musi jakoś owocować. Jacht solidny z urodzenia, nabrał teraz tężyzny czołgu, niewiele tracąc na urodzie i walorach regatowych. Postanowiłem wyruszyć natychmiast, rezygnując z turystyki i wypoczynku. Do końca lata (na antypodach - przyp. A.G.) pozostało już tylko Mika tygodni i to była moja druga, po solidności jachtu, szansa na przeżycie „ryczących czterdziestek". Jeśli się pospieszę, zdążę na Horn przed końcem lutego." Do następnego etapu wypłynął z Hobart 10 stycznia 1973 roku. Kierunek - Port Stanley na Falklandach. Ciągle na wschód. Tym razem południowym Pacyfikiem, do jego końca, do budzącego nieukrywany strach wśród żeglarzy przylądka Horn. Rejs przebiegał jednak normalnie, choć najtrudniejszy fragment zbliżał się z każdym dniem. Co działo się na jachcie w czasie długich samotnych dni?
| |