Jeden za drugim
Jeden za drugim nasi pięściarze „wylatywali" z turnieju. Pietrzykowski także wylosował trudnych rywali. Najpierw musiał uporać się z twardym, odpornym na ciosy reprezentantem Związku Radzieckiego, Karpowem, następnie wyeliminować Bułgara Nikołowa, żeby uzyskać prawo zmierzenia się oczywiście z... Pappem. Był to zaledwie półfinał, lecz wszyscy zdawali sobie sprawę, że zwycięzca będzie miał już otwartą drogę do końcowego lauru. Ostatni sukces faworyzował Polaka. Ale mądry Węgier, który umiejętnie „łapał" wysoką formę właśnie w okresie olimpijskim, zdołał wyciągnąć właściwe wnioski z niefortunnej dla siebie lekcji w Warszawie. Był ponadto świetnie przygotowany kondycyjnie, a szybkość miał przecież wrodzoną. Bujał się na swych krzywych nogach, robił rotacyjne uniki, raz za razem strzelał błyskawicznie sierpowymi. Bielszczanin rzucał się desperacko do przodu, próbował ulokować ten jeden jedyny, rozstrzygającym cios, Bezskutecznie. Dopiero w końcowej fazie walki Polak, który tym razem obrał chyba niewłaściwą koncepcję całego pojedynku i w otwartym boju próbował przechylić szalę, uzyskał przewagę. Nie miał już jednak dość sił, żeby mocniej „dokuczyć" rywalowi. W pierwszym występie olimpijskim znów „tylko" brąz, jak podczas debiutu w mistrzostwach Europy. Złoty medal zawisł na szyi Laszlo Pappa, już po raz trzeci w jego karierze. Wspaniały hat-trick, dziś chyba praktycznie nie do powtórzenia...
zawiesia pasowe | |